Zapraszam na rozdział piąty miśki :)



niedziela, 10 listopada 2013

LINK DO NOWEGO BLOGA +TT

NOWY BLOG:
Nikt tak pięknie nie mówił, że boi się miłości...
Jak widzicie, nie mam szablonu. Jest ktoś chętny bo go mi zrobić? xx 
Twitter f4f :) 
na tym nowym jest już rozdział 6 :) 
komentujcie zgredki <3

POWRACAM X

KOCHANI, WRACAM DO PISANIA 
tylko, że;
- zmieniam bloga, robie od początku, historia taka sama lecz inna strona (czy po prostu link jak wolicie) 
możliwe, że jutro wszystko ogarnę :) x 

wtorek, 27 sierpnia 2013

Same Love/informacje

Uwaga kochani, wiem, że czekacie na nowy rozdział! Wybaczcie za mój "poślizg" ale to był naprawdę zryty miesiąc W CAŁYM MOIM ŻYCIU. Miałam problemy, powoli z nich wychodzę, ale boję się, że znowu coś się spieprzy. Eh, rozdział pojawi się; na sam koniec wakacji lub dopiero we wrześniu. Ale, jeśli macie jakieś cytaty, smutne, wesołe, obojętnie, napiszcie mi je w komentarzu, dobrze? Przez cały sierpień zbieram właśnie cytaty. We wrześniu będzie niespodzianka :) Proszę nie opuszczajcie mnie! Na prawdę byłabym wdzięczna:)

Wiecie... jeśli macie zryte dni, wejdźcie na mojego tumblra www.lifeno.tumblr.com kiedy mam takie sobie dni, wchodzę na niego i po prostu jeszcze bardziej się dołuję, ale przecież właśnie o to chodzi, prawda? Słucha się smutnych piosenek itp.
Mam oczywiście jeszcze jednego tumblra, takiego "weselszego". www.fantasiasupreme.tumblr.com


Wszystkie linki gdzie możecie mnie znaleźć:
www.lifeno.tumblr.com
www.fantasiasupreme.tumblr.com
www.ask.fm/czerepina
www.twitter.com/

Kocham tą piosenkę :)


------------------------------------------------------------------------
 Serce mi waliło jak oszalałe. Chachi, co ty do jasnej cholery wyprawiasz.... Nawet nie wiesz co chcesz mu powiedzieć. Zaraz... Czy ja sama siebie hamuję przed Niallem? Nie, to niemożliwe. Obejrzałam się dookoła, musimy być blisko. Flagi Slytherinu są coraz gęściej porozwieszane na murach zamku. Dookoła obrazy, świece, flagi. Jak on mógł mi to zrobić... zresztą. To do niego cholernie podobne. Dlaczego musiał sobie upodobać mnie. Dlaczego ja? Mam już tej całej sytuacji dosyć. Najlepiej chciałabym się stąd wyrwać. Zniknąć. Nigdy nie wrócić. Czy to na prawdę tak dużo? Czy to aż tak cholernie dużo? Chciałabym wieźć normalne, spokojne życie. Ale nie! Przecież pan Horan musiał wpierdolić się w moje życie z tym jego wielkim zadem! No oczywiście! Nie nawidze go szczerym sercem. Niech spierdala. Miałam nie przeklinać... Z nim sie nie da. 
- Chachi? - przerwał ciszę mój "przewodnik". Haha, raczej mój GPS. 
- Tak? - uśmiechnęłam się niemrawo. 
- Bo wiesz - zatrzymał się. 
- Nie, nie wiem - odparłam zdziwiona. 
 Sam zaczął się do mnie przybliżać. Jego jeden krok w przód, jeden mój krok w tył. Ściana. Nie mam gdzie uciec. Zaczął mnie dotykać. Skroń, policzek, usta, broda. 
- Cholernie mi się podobasz - złapał mą twarz w swoje duże ręce. 
- Co ty robisz?! - pisnęłam. Nic to nie dało. Złączył nasze wargi torując sobie wejście do moich ust. Zaczęłam się z nim szarpać. Ten kretyn miał mnie tu tylko przyprowadzić. To wszystko. Nie dałam rady.
---------------------------------------------------------------------------------
TO TAKA ZACHĘTA BY MNIE NIE OPUŚCIĆ :)
NIE ZAPOMNIJCIE O CYTATACH! ! ! ! ! ! ! ! ! !! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! ! !  ! ! ! ! !
NA TWITTERZE DAJCIE FOLLOW A JA DAM FOLLOW BACK ;* 

czwartek, 18 lipca 2013

Rozdział piąty.

 Nie wieżę, jak Niall mógł coś takiego zrobić... Chociaż, to w jego stylu. Pigułka gwałtu? Dobrze, że chociaż zaniósł mnie z powrotem do pokoju...
- Luna, co się wczoraj dokładnie stało? - zapytałam przerażona.
- No, szliśmy na piwo i jak już prawie byliśmy to dołączył do nas Harry - zabłyszczały jej oczy.  - W kafejce siedzieliśmy i po złożonym zamówieniu zaczęliście coś szeptać sobie z Harrym - ściszyła nieco głos - barman przyniósł nam piwa i wtedy przyszedł Niall - dokończyła.
- No to jeszcze pamiętam ale co się później stało? - spuściłam głowę. 
- Wtedy upiłaś łyk piwa a Niall położył rękę... wiesz gdzie... - z moich oczu polały się łzy. Nienawidzę go, dlaczego on mi to do cholery jasnej robi?! DLACZEGO?! Luna przysunęła się bliżej mnie i przytuliła - przykro mi Chachi... 
- To przecież nie Twoja wina... opowiadaj co było dalej - wytarłam łzy, chociaż te nadal uporczywie starały się wkraść na moje rozgrzane policzki. 
- No i Tobie najzwyczajniej musiało to się spodobać... 
- Nie! - przerwałam jej - to niemożliwe, że mi się to spodobało! To ten narkotyk.... - znów nie wytrzymałam, znów się rozpłakałam. 
- Możliwe... wtedy Niall "poprosił " - gestykulowała w powietrzu kocie łapki - nas abyśmy poszli. Chachi, więcej nie wiem. Przed chwilą Cię tu jakiś chłopak z Gryffindoru przyniósł. Powiedział, że leżałaś na schodach - przytuliła mnie mocno. - Przykro mi. 
- Nie przeżyje tego gnój jebany, zapłaci mi za to! - krzyknęłam i poderwałam się z łóżka. Nie było to mądre posunięcie, zaraz znalazłam się na podłodze. - Auć, moja głowa - dopiero teraz poczułam jak mocno mnie boli, aż pulsuje - złapałam się za nią i ułożyłam z powrotem  na materacu. - Wiesz co Luna... zemszczę się, ale później - zamknęłam oczy. Brunetka zachichotała i wstała. 
- Eh, poczekaj - podeszła do wielkiej drewnianej komody. - Gdzież to było... 
- Co szukasz? - podniosłam się na łokciach. 
- Zaklęcia na bolącą głowę, kochanie - cmoknęła w moją stronę. 
- Och, dziękuję - wysapałam. 
- Mam! - wrzasnęła
- Luna błagam Cię nie tak głośno, boli! - poskarżyłam się z wyrzutem. 
- Przepraszam, przepraszam - chwyciła swoją różdżkę i wypowiedziała zaklęcie. Nic nie czułam. Nie bolało. Podniosłam się i podeszłam do mojej komody. 
- Dziękuję Ci Luna! - pisnęłam szczęśliwa. Już miałam iść mu dowalić, lecz przyjaciółka zabrała głos. 
- Wiesz, mogłabyś się przynajmniej jakoś ogarnąć. Nie chciałam Ci tego mówić ale.... wyglądasz jak siedem nieszczęść... - zaśmiała się. 
- Och dziękuję Ci bardzo - zmierzyłam ją wzrokiem. Wyciągnęłam z walizki czarne rurki i kremową, obszerną bluzę z napisem "Goodbye, good riddance" i poszłam do łazienki. Luna miała rację, wyglądałam jak siedem nieszczęść. Tusz na policzkach, włosy sterczące we wszystkie możliwe kierunki świata i wymięte ubrania. Co on mi do cholery zrobił?! Ściągnęłam wszystko i założyłam czyste ciuchy. Zmyłam makijaż szybkim ruchem i tak samo go  z powrotem założyłam. Związałam włosy w wysoki kucyk i wyszłam z pomieszczenia. 
- No od razu lepiej - Luna oderwała się od tableta. 
- Dzięki. Wiesz może gdzie podziała się moja różdżka?! - pisnęłam.
- Tak tutaj - podała mi ją. - Chachi... nie zrób czegoś czego później będziesz żałować... - dodała. Skinęłam głową na znak, że zrozumiałam i wyszłam z pokoju. 
[WŁĄCZ]
 Zeszłam ze schodów i pojawiłam się w salonie Gryffindoru. Co mu powiedzieć? Jak zareagować... a przede wszystkim.. gdzie do cholery jasnej oni mają swój dom? Jaka ze mnie idiotka - stanęłam w miejscu karcąc się w myślach. Jak ja niby mam się do nich dostać? Załatwić Nialla to jedno, prostsze zadanie, ale jak ich znaleźć? Boże dopomóż... 
- Chachi? Chachi Granger? - usłyszałam kogoś głos za plecami. 
- Tak? - odwróciłam się na piecie. Przede mną stał jakiś chłopak wyższy ode mnie o jakieś dobre 20/30 cm. Ciemne włosy i mleczne oczy, na dodatek biały jak ściana... i te malinowe usta... 
- Więc, to ja Cię zaniosłem do pokoju... pomóc jakoś? - zaproponował. Już miałam odpowiedzieć "nie" ale, przyda mi się. 
- Tak, wiesz może gdzie jest dom Slytherinu? - zapytałam kołysząc się z nogi na nogi. 
- Tak, chodź tędy - złapał mnie za rękę. - Tak w ogóle to mam na imię Sam, Sam Longbottom - przedstawił się.
-  Skądś nazwisko kojarzę - uśmiechnęłam się. 
- Mój dziadek przyjaźnił się z twoimi dziadkami - rozjaśnił mi pamięć. 
- Ah no tak! - powiedziałam uradowana. 
- Więc do Slytherinu tędy... - szliśmy wzdłuż korytarza. 
No to sie zaczyna.... 
_________________________________________
Mam wielką nadzieję, że trochę wam wytłumaczyłam o co chodziło z tą końcówką. Następny rozdział pojawi się dopiero gdzieś na początek sierpnia, ponieważ wyjeżdżam na obóz. 

Mam nadzieję, że nie będziecie tacy i skomentujecie rozdział... Pozdrawiam Ola :) 

środa, 17 lipca 2013

Rozdział czwarty. nie do końca +18.

- Nienawidzę go, nienawidzę go, nienawidzę go - powtarzałam sobie w kółko jak jakąś mantrę. 
- Kogo nienawidzisz? - zapytał zdziwiony Harry.
- Nialla, zobacz co mi zrobił. - odsłoniłam bolące miejsce.
- Naznaczył Cię... - skwasił się.
- Cholera jego wie, nienawidzę facetów. - skończyłam nasz dialog i odeszłam pozostawiając zdezorientowanego chłopaka. 
 Czemu ja? Czemu mnie sobie ubzdurał? Przecież nasi dziadkowie byli na siebie wściekli, więc czemu on mnie "lubi"? Czy on chociaż mnie lubi? Czy to tylko moje ubzdurane stwierdzenie? Jego blond włosy... niebieskie oczy... Prawda. Podoba mi się, ale... nie umiem się do niego przekonać, jest zbyt... pewny siebie i arogancki. Zapewne kiedyś będę mogła do tego dopisać brutalny... Harry, zraniłam go, i to nie jeden raz... może tymi słowami przegięłam? I jeszcze go zostawiłam... Ale... Harry to mój przyjaciel i na pewno się nie obraził... Na pewno...
- Chachi? - odwróciłam się. Przede mną stała...
- Luna! - przytuliłam ją mocno. 
- No ja też się cieszę, że Cię widzę. - uśmiechnęła się. 
 Przyjrzałam się jej dokładniej. Podkrążone oczy, blada, wręcz prześwitująca skóra. 
- Co Ci się stało....- zdziwiłam się.
- Wiesz... trzymałam twoją różdżkę, chciałam się jej przyjrzeć - zrobiła przerwę na oddech - i tam było napisane jakieś zaklęcie... Oczywiście nie wiedziałam o co chodzi i przeczytałam je na głos. Wtedy rękę przykryła krew a obraz mi się zamazał, i zemdlałam. Profesor Mc.Donnagal powiedziała, że jeżeli różdżka byłaby moja.... nie obudziłabym się. - skończyła
- Luna... - przytuliłam ją delikatniej. 
- Przepraszam... i tu trzymaj swoją własność. - podała mi przedmiot
- Dziękuję, i nic się nie stało... - uśmiechnęłam się blado.
- Ej, co to jest? - zdziwiła się patrząc na moją szyję. 
- Nic takiego... - przykryłam malinkę włosami. 
- Przecież widzę, pokaż... Masz malinkę! Kto Ci ją zrobił? - poruszała znacząco brwiami.
- Niall.... - powiedziałam obojętnie
- On-na-ciebie-leci. - powiedziała sylabami. 
- No wow - stwierdziłam sarkastycznie.
- Wybacz - przytuliła mnie mocno.
- Spokojnie, wszystko ok - zapewniłam ją smutno, śmieszne, to ona powinna zapewniać, że wszystko z nią dobrze.
- Idziemy na piwo kremowe? - zaproponowała.
- Mamy dopiero po 15 lat, nie sprzedadzą nam... 
- Spokojnie - mrugnęła okiem. 
 Wyszłyśmy więc ze szkoły kierując się w stronę (jak słyszałam) nowej kafejki. Robiło się ciemno i zimno, jak przystało na późną jesień. Niedługo zima. Cóż, nie ukrywam, kocham tę porę roku. Zawinęłam się ściślej swetrem. 
- Chachi? - Luna przerwała miłą dla ucha ciszę.
- Tak? 
- Mogę Ci powierzyć mój sekret? - zapytała uroczo się rumieniąc.
- No pewnie. Nikomu nie powiem - złapałam się za miejsce gdzie, przynajmniej, powinno znajdować się serce. Zaśmiałyśmy się.
- Bo wiesz... Podoba mi się Harry... - zaczęła - nic nie mów. Wszystko wytłumaczę - szybko dodała. - Bo widzisz... znamy się z Harrym od dziecka, znam jego historię, co się wydarzyło, wiem, że walczył z Sama-wiesz-kim - posmutniała.
- Luna... przejdź do sedna... - zniecierpliwiłam się.
- Możesz jakoś zainteresować Harrego moją osobą? - przystanęła na chwilę. - Wiem, że jesteście jak rodzeństwo... - zamyśliła się.
- To prawda... Oczywiście kochana - przytuliłam ją.
- Ej! - usłyszałyśmy krzyki. - Poczekajcie! - Harry zbliżał się do nas w niesamowicie szybkim tempie.
- Chachi? - Luna spojrzała na mnie wymownie. Skinęłam głową i uśmiechnęłam się w stronę przyjaciela.
- Cóż Cię do nas sprowadza? - położyłam ręce na jego klatce piersiowej. Milimetr po milimetrze przysuwałam go bliżej Luny. 
- Chachi? - zdziwił się.
- Nie odpowiedziałeś na pytanie - oburzyłam się. Znów zaczęliśmy iść. 
- Chyba nie pozwolę Ci iść samej, w ciemną noc, w zimnie - powiedział ironicznie. Nałożył na moje ramiona swoją bluzę. 
- Przecież idę z Luną- wysunęłam się zza niego. 
- Ah no tak... - powiedział zakłopotany. 
- Nie masz dla niej bluzy, prawda? - zapytałam.
- No nie...
- To ją chociaż PRZYTUL! - krzyknęłam. Upewniłam się czy Luna tego chce. Była biała jak ściana, ale coś myślę, że było to spowodowane zimnem który nabierał na sile. Usta miała złączone, a w oczach gościł chochlik, chochlik który wariował ze szczęścia. Harry podszedł do niej i opatulił swym silnym ramieniem. Była taka drobna w porównaniu do niego. Para idealna. Wyciągnęłam różdżkę i zamachnęłam się nią nad naszymi głowami. 
- Expecto patronum - w górę wystrzeliło niebieskie światło lecz po chwili uformował się mój patron. 
- Jakie to śliczne - skomplementowała Luna. Nad naszymi głowami aż do kawiarni latały małe koliberki. 
- To co zamawiamy? - otworzyłam im drzwi. 
- To co miałyśmy - uśmiechnęła się dziewczyna. Usiedliśmy na beżowej kanapie która stała koło kominka. Harry i Luna po jednej stronie, a ja sama - po drugiej. 
- Harry - szepnęłam gdy Koreanka zamawiała trzy kremowe piwa. 
- Co...
- Podoba Ci się prawda? - zapytałam zadziornie. Nic nie odpowiedział. 
- O czym gadaliście? - spojrzała na nas Luna. 
- Takie tam... - Harry kopną mnie delikatnie nogą by zwrócić na siebie moją uwagę. Delikatnie pokiwał głową dając mi znak, że... nie podoba mu się. Znam Harrego, w takich momentach nie żartuje. On na prawdę jej nie kocha, nawet mu się nie podoba... Cholipka. 
- Proszę - kelner podał nam piwa a pod moje podłożył jakąś karteczkę. Skinęliśmy głowami na znak, że dziękujemy i młodzieniec odszedł. Podniosłam swój kufel i rozprostowałam karteczkę. "Zadzwoń xx 567987657". Obejrzałam się za nim. Patrzył się centralnie na mnie. Oblizałam usta i, na jego oczach, zgniotłam karteczkę podnosząc się przy tym i z gracją ją wywaliłam do kosza stojącego pod bordową ścianą. Uśmiechnęłam się do zdezorientowanego chłopaka i wróciłam na miejsce. 
- Co tam pisało? - zapytała Luna.
- Nic, nic - odpowiedziałam. Widziałam, że nie była zadowolona z mojej niezupełnej odpowiedzi. 
- O nie - powiedział Harry. Podążyłam jego wzrokiem który prowadził do drzwi... Niall właśnie wchodził do pomieszczenia. Zgadnijcie gdzie chciał usiąść? 
- No cześć - przywitał się. Usiadł się koło mnie i schylił by ucałować w policzek. 
- Wiesz, ta kawiarenka jest prawie pusta. Pełno tu wolnych miejsc, więc po cholerę jasną siadasz koło mnie? - zapytałam spokojnie. Upiłam łyk piwa lecz blondyn zabrał mi szklankę. 
- Kochanie, nie pij. A zresztą, chciałem poczuć Twoje ciepło - przysuną się bliżej kładąc rękę na moim udzie. No fajnie, a ja mam sukienkę... Harry naprężył się. Ale cóż biedaczek mógł zrobić? 
- Niall, kochanie, - zaczęłam słodko - ogarnij hormony. 
- Chachi - powiedział z wyrzutem, przesuną pięć centymetrów wyżej swoją rozgrzaną rękę. Spojrzałam na niego spode łba, co było trudne ze względu na moją grzywkę. 
- Chachi, kochanie, przestań - znów pięć centymetrów. 
- Zostaw mnie - załkałam teatralnie, byleby nie dać mu tej chorej satysfakcji. 
- Mrrr - dotkną. Dotknął mojej kobiecości. Jęknęłam, a oczy o mało co nie wyleciał mi z orbit. Przyjemne... zaczął kreślić na niej kółka. Czułam, że zaraz nie wytrzymam. Moje ciało wypełniła pustka, nic nie mogłam zrobić prócz... No dobra to zabrzmi dziwnie ale... rozkoszowaniem się. 
- I co teraz? Niebezpieczna Chachi... - prychnął. Wyciągnął rękę, a ja znów poczułam swoje bijące w nierównym tempie serce. Chciałam znów to poczuć. Jeszcze jakieś 6 minut temu miałam ochotę go zabić, poćwiartować i udusić. Ale teraz? Pragnęłam by znów to zrobił... by znów pozwolił mi się tym rozkoszować. 
- Harry, Luna - zwrócił się do moich oszołomionych przyjaciół - mam prośbę. Moglibyście wrócić do szkoły? Nie martwcie się. Odprowadzę ją tam gdzie powinna się znaleźć - zapewnił. Spojrzałam na nich wielkimi oczami ale, jeśli miał mi jeszcze raz sprawić przyjemność - skinęłam głową na znak, że mogą iść. Poradzę sobie. Dwójka wstała i wyszła, co chwilę niepewnie się odwracając. 
- Więc Chachi - zwrócił się do mnie. - Chcesz poczuć coś przyjemniejszego? - przed oczami zrobiło mi się ciemno. Jedyną rzeczą jaką pamiętam to chłopak za barem patrzący się na mnie ze sztucznym uśmiechem i blondyn który szeptał mi do ucha;
- Nie zapomnisz tego, obiecuję - i film mi się urwał. 
 Zimno, wyszliśmy już? Nie przypominam sobie żebym wstawała, żebym cokolwiek robiła. Pamiętam tylko Harrego i Lunę opuszczających kafejkę. Byli szczęśliwi. Obaj trzymali się za ręce. Śmiali się ze mnie. To Niall mnie bronił. 
- Ej, Chachi - potrząsnął mym zmarzniętym ciałem. 
- Tak? Gdzie jestem? - zapytałam tuląc się do niego. 
- W bezpiecznym miejscu - do nozdrzy dostał się ostry zapach lilii. Otworzyłam oczy. Nie poznaję tego miejsca. 
- Gdzie jesteśmy? - powtórzyłam pytanie. 
- W hotelu, prosiłaś bym Cię tutaj zaniósł. Nie pamiętasz? Mieliśmy... mieliśmy zrobić swój pierwszy raz - oprzytomniałam. No tak. Teraz wszystko staje się jasne. Teraz pamiętam. Harry i Luna zaczęli się zwijać, są parą. Prosiłam Nialla byśmy... wszystko już wiem. Spojrzałam się na siebie. Byłam goła. Niall też. 
- Która jest godzina? 
- Jakoś po 11 - odpowiedział czule głaskając mój prawy policzek. 
- O cholera - oprzytomniałam. 
- Co jest? - zdziwił się. 
- Mamy dopiero po 15 lat! - krzyknęłam szybko naciągając na siebie bieliznę. 
- Kochanie - uspokoił mnie - spokojnie, zabezpieczyliśmy się -pocałował mój obojczyk torując sobie drogę w niższe partie mojego ciała. Zatrzymał się przy piersiach. Dokładnie obcałował moje sutki które stwardniały. Środkiem brzucha zjeżdżał niżej... Przejechał palcem wskazującym po mojej kobiecości. Bawił się ze mną. Wiedział, że znów pragnę poczuć go w sobie, że go pragnę... Rozchylił szerzej moje nogi i zaczął całować uda od wewnętrznej strony. Co chwilę wydawałam z siebie ciche jęki. Wreszcie. Włożył mi swoje dwa palce do buzi, a później sobie. Zachichotałam. Zaczęłam pieścić swoje piersi. Włożył palce we mnie. Najpierw powoli wolno jak żółw, później szybciej. Jęki przerodziły się w krzyczenie jego imienia. Zwolnił, delikatnie wyciągnął je z mojej pochwy. Chciałam więcej, nie byłam zaspokojona. Oblizał wejście i powoli wsuwał swój język do środka. Coraz mocniej. 
- Niall... - jęczałam. 
 Złapałam chłopaka za włosy i zaczęłam ciągnąć. Przyciskałam go mocniej, chciałam więcej. Mimo wszystko chłopak podniósł się i położył koło mnie. 
- Wow - skomentowałam. 
- Chachi? - poczułam szarpanie. - CHACHI!? 
- Co Niall... - jęknęłam.
- To ja Luna! Ten chłopak wczoraj w kawiarni, on podał ci narkotyk. Niall mu kazał - mówiła szybko i nieskładnie. 
- CO!? - poderwałam się. 

czwartek, 11 lipca 2013

Rozdział trzeci.

Obudziłam się pełna nadziei, że chociaż ten dzień okaże się szczęśliwym. Odwróciłam się na lewy bok w stronę jeszcze śpiącej przyjaciółki. Nie wiedząc co dalej mam robić wstałam i wyciągnęłam z walizki czyste ubrania.
 Weszłam do łazienki mając nadzieję, że dzisiaj niczego tam nie spotkam. A może to po prostu moja fantazja ubzdurała sobie, że coś tam było? Nie mam pojęcia. Ściągnęłam dół piżamy w małpki i założyłam czystą bieliznę. Dzisiaj mam w planach wyglądać nieco inaczej. Ubrałam czerwone, koronkowe majtki i nałożyłam na nogi czarne rajstopy. Ściągnęłam żółty T-shirt i ubrałam, również koronkowy, czerwony biustonosz. Prawie ubrana podeszłam do zlewu i zaczęłam szczotkować zęby. Uczesałam się i ponowiłam moją wcześniejszą czynność. Nasunęłam na siebie starą, jeansową sukienkę, a na nogi ubrałam czarne zakola-nówki.  Wsunęłam stopy w czarne vansy i chwyciłam w rękę szary sweterek który wzięłam kiedyś mamie. Spojrzałam w lustro. Moje odbicie nie było zadowalające. Krasnal mający ledwo 160 ubrany prawie cały na czarno. I ktoś by pomyślał, że w przyszłości ma zabijać. Chwyciłam maskarę i zaczęłam pociągać nią delikatnie po rzęsach. Kiedy wreszcie przybrały kolor czerni, odłożyłam przedmiot na swoje miejsce, a w zamian wzięłam czerwonawy błyszczyk.  Pociągnęłam nim po ustach i szczęśliwa z rezultatu schyliłam się po moje wczorajsze ubrania które leżały nieopodal zlewu. Kątem oka, coś tam było? Wstałam gwałtownie przy okazji mocno uderzając się w otwartą szafkę.
- Kurwa – syknęłam. Ostrożniej wstając z podłogi zaczęłam się rozglądać. Przyrzekam, coś tam było… Przekonywałam samą siebie. Nie czekając dłużej, podniosłam ciuchy i wyszłam z łazienki.
 Luna dalej słodko spała. A może odwdzięczyć się jej za wczoraj? Czemu nie. Ubrałam szybko togę i złapałam pierwszą lepszą książkę. Wzięłam jej telefon i przestawiłam zegarek o 3 godziny w przód. Także spóźniła się na 3 godziny lekcyjne.
- Luna! Wstawaj! Masz spóźnienie! – zaczęłam ją szarpać – Luna? – zapytałam przerażona. Spojrzałam na jej rękę. Była cała w krwi, kurczowo trzymając MOJĄ RÓŻDŻKĘ. – Luna?! LUNA WSTAWAJ! LUNA, NIE ŻARTUJ SOBIE! – z oczu poleciały mi łzy  - Luna wstawaj! Proszę Cię wstań! Proszę…. – Wybiegłam z pokoju kierując się na ruchome schody. Jak zwykle nie prowadziły tam gdzie chciałam.
- Kurwa, nie wkurzajcie mnie bo obiecuję, że zostaniecie zburzone przy najbliższym spotkaniu – ostrzegłam. Jak różdżką machną, schody pokierowały mnie tam gdzie chciałam. Szybko wbiegając do wielkiej Sali popędziłam do p. profesor McDonnagall.
- Pani profesor, z moją przyjaciółką coś nie tak – słowa szybko wylatywały mi z ust. Zapłakana z całym tuszem do rzęs zapewne bardzo śmiesznie wyglądałam.
- Co się stało? – zapytała zdziwiona
- Rano poszłam do łazienki, no się ubrać. I kiedy schylałam się po wczorajsze ubrania, kątem oka zauważyłam coś czarnego w lustrze. A wczoraj coś w tej łazience było! No ale wracając, weszłam do pokoju i chciałam jej zrobić żart, ubrałam togę i próbowałam ją obudzić ale kiedy ją odwróciłam miała całą rękę w krwi i moją różdżkę w dłoni! – wysapałam za jednym tchem
- O Boże… - powiedziała – zostań tu i o nic się nie martw, wszystkim się zajmiemy. O ile dobrze pamiętam, pan Harry Potter panią szukał. – szybko wspomniała i już jej nie było.
- Harry mnie szukał… - zamyśliłam się. A jeśli o wszystkim wiedział i chciał mnie ostrzec? Na Sali go chyba nie ma…
- Tu jesteś. – chłopak złapał mnie w pasie i okręcił wokół własnej osi.
- Zostaw mnie Niall. Nie teraz, nie nigdy. -  rzekłam surowo
- Mrr, groźna kicia. – udawał kota.
- Chcesz znów trafić do skrzydła szpitalnego? – zagroziłam
- Nie masz tu różdżki. – uśmiechną się cwaniacko
- Zaraz…. Skąd o tym wiesz?! – krzyknęłam na co wszystkie pary oczu skierowały się na naszą dwójkę.
- Podsłuchiwałem, i może ciszej co kotku? – przyłożył usta w miejscu gdzie powinna być moja tętnica.
- Zostaaaaa- nie dokończyłam kiedy nagle wpił się w moją szyję. – Niall przestań – jęknęłam. Nie przestawał, czułam go coraz mocniej, i mocniej… Wreszcie odessał się. Złożył pocałunek na dopiero co zrobionej malince i dmuchną a przez moje ciało przebiegł przyjemny dreszcz. 
- Widzisz... teraz jesteś moja.... - szepną na ucho i odszedł. Przyłożyłam rękę do bolącego miejsca i pisnęłam. Niallu Horanie.... Masz przejebane. 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Rozdział drugi.

 Obudziłam się trochę niewyspana, łóżka są tu strasznie niewygodne... Luny już nie było. Czyżbym zaspała? Uruchomiłam szybko mój telefon. 7;54! Szybko wyskoczyłam z łóżka i pędem zaczęłam szukać mojej torby. Znalazłam ją koło ściany ale na niej leżał jakiś dziwny czarny.... szlafrok? Leżała na nim koperta z widniejącymi inicjałami mojego imienia i nazwiska. Podniosłam ją i otworzyłam. Była pusta. Nie zaprzątając sobie więcej nią głowy przerzuciłam ubranie na walizkę Luny, myśląc, że do niej on należy. Ubrałam długie czarne rurki i bordową bokserkę na którą zarzuciłam za dużą bluzę którą kiedyś wzięłam tacie. Kiedy już prawie byłam uczesana do pokoju spokojnie weszła moja współlokatorka Luna. 
- O już wstałaś - uśmiechnęła się. Popatrzyłam co ma na sobie ubrane. Miała identyczny szlafrok jaki ja miałam położony na torbie. 
- Dlaczego masz na sobie szlafrok? - zaśmiałam się. - Przecież już jesteśmy spóźnione, jest po ósmej... 
- Po pierwsze, to nie jest szlafrok! To jest toga! Masz taką samą, zobacz - wskazała na czarne coś leżące prawie na podłodze. - A po drugie, zmieniłam Ci godzinę w telefonie. - rzuciła się na łóżko i zaczęła się śmiać. 
- Osz ty wredna, jędzo. - rzuciłam się na nią i zaczęłam gilgotać. 
- Stop! Przestań, błagam. - nie wytrzymywała ze śmiechu. Jej twarz przybrała koloru czerwieni. 
- Przeproś. - powiedziałam stanowczo nie przerywając jej łaskotać.
- Przepraszam, przepraszam. - wysapała. 
- No - odparłam z tonem zwycięzcy - i to mi się - nie dokończyłam bo coś, a raczej ktoś, ciężko na mnie skoczył przez co wylądowałam na podłodze. 
- A to za mnie - Luna zaczęła mnie łaskotać.
- Przestań! Przestań! - krzyczałam. Nie było mi wesoło, nienawidzę być łaskotana. Byłam wściekła. Wyciągnęłam swoją różdżkę i zamachnęłam się nią przed nosem Luny. 
- Experiarmus! - wypowiedziałam zaklęcie a dziewczyna znalazła się na drugim końcu pokoju trzymając się za klatkę piersiową. 
- O Boże. Luna! Wszystko dobrze? - podbiegłam do niej szybko.
- Tak, tak, tylko w szoku jestem... dlaczego? - spojrzała na mnie ze łzami w oczach. 
- Ja przepraszam, to przez tą cholerną różdżkę! Błagam, wybacz mi... - złapałam się za brzuch mocno ściskając. 
- Chachi, nic się nie stało. - powiedziała łagodnie rozluźniając mi ręce. 
- Ja na prawdę nie chciałam... 
- Wieżę Ci. Ej a to czasem nie jest już czas abyśmy poszły na zielarstwo?! - krzyknęła i wyciągnęła swój telefon który wygrywał jakąś melodię. 
- No fuck. - przewróciłam oczami. Szybko się podniosłyśmy z podłogi. Chwyciłam togę w rękę i wyszłyśmy z pokoju. 
 Jak ja mogłam jej to zrobić? Przecież nie chciałam tego... A jeśli taka sytuacja się jeszcze powtórzy? A jeśli pewnego dnia na prawdę jej coś zrobię? Nie jestem przecież zła! To przez tą cholerną różdżkę. A co jeśli kiedyś, ktoś na prawdę mnie wkurzy? Kiedy to już nie będzie zaklęcie obronne ale... niewybaczalne? Co wtedy? Mogą mnie nawet zamknąć do Azkabanu... Nie chcę tam trafić! Dlaczego ta cholerna różdżka wybrała sobie akurat mnie?! Dlaczego nie kogoś innego? Przecież to nie na moje siły. Nie podołam temu. 
- Przepraszamy za spóźnienie. - powiedziałyśmy obydwie wpadając do szklarni.
- Odejmuję minus 5 punktów Gryffindorowi. - rzekła jakaś niziutka kobieta. Po pomieszczeniu rozległ się stłumiony pomruk. Każdy był na nas wściekły. Mają pecha. Podeszłyśmy do wolnych miejsc. Luna musiała stać blisko Nialla a ja blisko Harrego (nawiasem mówiąc, cieszy mnie to). Po jej minie było widać, że nie jest zadowolona. Zgięłam kciuki do wewnętrznej strony dłoni i go zacisnęłam w geście pocieszającym. Przewróciła oczami i się ode mnie odwróciła. 
- Czemu się spóźniłyście? - Harry szepną mi do ucha. Nie powiem... przeszły mnie ciarki.. po raz pierwszy wypowiedział jakieś słowa do mnie tak... seksownie? 
- Miałyśmy mały wypadek... - zawahałam się. Może lepiej mu nie mówić....?
- Jaki? - mój przyjaciel jest dzisiaj nadzwyczaj ciekawski. 
- A co książkę piszesz czy z policji? - zapytałam ironicznie. 
- A wiesz, książkę pisze. - odpowiedział pewnie. Harry Potterze, stąpasz po kruchym lodzie...
- Dasz mi ją potem przeczytać? - zaśmiałam się 
- Pewnie, ale najpierw odpowiedz. - odwzajemnił gest. 
- Niechcący użyłam na Lunie zaklęcia... - przyciszyłam głos by nikt nie usłyszał.
- Jakiego? - naprężył sie. Ej, on coś do niej czuje? Spojrzał się na nią gwałtownie szukając zapewne jakiś obrażeń. 
- Obronnego... - powiedziałam szybko.
- A co, coś Ci chciała zrobić? 
- No powiedzmy. - odparłam o mało co nie wybuchając śmiechem. 
- Ale co? - spytał zdezorientowany. 
- Zaczęła mnie gilgotać... - spojrzałam się na niego a on się zaśmiał. 
- No co? Dobrze wiesz jak ja tego nie lubię... - odpowiedziałam wkurzona. 
- Chachi! - krzyknęła nauczycielka
- Przepraszam już nie będę - próbowałam jakoś wybrnąć z tej chorej sytuacji. 
- Mnie się nie tłumacz, to dyrektora. I to migiem! - wrzasnęła 
- No ale ja już na prawdę nie będę... - próbowałam jakoś załagodzić sprawę.
- No to dobrze. Ale, Luna zamień się miejscem z Chachi. - spojrzała na Koreankę. Że co?! Nie chcę koło niego siedzieć! 
- Powodzenia... - szepnęła mi na ucho gdy przechodziłyśmy obok siebie. Dzięki... 
 Usiadłam się obok Nialla. Nic. Wsłuchiwałam się w głos mojej, już zresztą znienawidzonej nauczycielki. Pisanie w zeszytach, nienawidzę... A w sumie kto mi każe pisać? Samopiszące pióro... To jest myśl. Chachi zaskakujesz mnie ostatnio, wspomniałam sama do siebie. Pióro sobie pisało i pisało gdy nagle... poczułam czyjąś dużą i ciepłą jak rozgrzany metal, dłoń na moim udzie. Strzepnęłam ją lecz znów powróciła na swoje miejsce, umieszczając się jeszcze wyżej... 
- Niall, ogarnij się - syknęłam i znów ją strzepnęłam. 
 Nie poddał się, wyciągną rękę chwytając mocno moje krzesełko. Po woli ciągną mnie do siebie, aż w pewnym momencie jego ręka znalazła się na mojej kobiecości. Jęknęłam gdy zaczął kciukiem pocierać o materiał spodni. Wyprostowałam się. Spojrzałam się na niego i walnęłam w policzek. Dźwięk który rozniósł się echem po sali zwrócił wszystkie pary oczu wprost na nas. Zrobiłam się czerwona jak burak, złapałam pióro i udawałam, że to nie ja. Spojrzałam ukradkiem na Nialla. Oj, będzie miał pamiątkę. Było się nie zaczynać. Rozejrzałam się po pomieszczeniu a moją uwagę przykuła pewna wpatrująca się na Nialla z grozą w oczach osoba. Widać, że Harry mordował go wzrokiem. Dałam mu znak, że jest ok. 
- No to już koniec na dzisiaj - rozbrzmiał głos nauczycielki. Moje ulubione słowa w szkole... Harry szybko mnie pociągnął na korytarz. 
- Nic Ci nie jest? - zapytał z przejęciem. 
- Nie wszystko ok... - zawiesiłam się. Ale to było... po raz pierwszy ktoś mnie dotkną w taki sposób....
- I co? Podobało Ci się? - usłyszałam czyjś głos. Znam go już prawie na pamięć. Wszędzie bym ten akcent rozpoznała. 
- Pewnie, ale nie rób już takich rzeczy. - przygryzłam dolną wargę. 
- A co jeśli zrobię? - złapał mnie za brodę i pociągną ją w dół, uwalniając wargę. - Nie rób tak, to mnie cholernie podnieca - wyszeptał mi do ucha. 
- A spieprzaj. - wydusiłam. Zrobiło się bardzo duszno. Spojrzałam w jego niebieskie hipnotyzujące tęczówki. 
- Jak ty powiedziałaś? - zdziwił się
- Mam Ci to przeliterować? - prychnęłam 
- Nie zaszkodzi. - prychną arogancko 
- S-P-I-E-P-R-Z-A-J! - wyciągnęłam różdżkę. - Experiarmus! - krzyknęłam a Niall walną w sufit a później spadł na marmurowe kafelki. Nie oddychał. Tłumy okrążyły nas ze wszystkich stron. Widziałam, że pani dyrektor, profesor Minerwa McGonagall, już tu nadchodzi. Szybko usunęłam się z miejsca wydarzenia i popędziłam do najbliższej łazienki. Jak ja mogę takie coś robić?! JAK?! Nienawidzę siebie. 
- Jak ja mogłam takie coś zrobić? - wyszeptałam płacząc. 
- Co zrobiłaś? - powiedział piskliwy głosik. Szybko poderwałam się z miejsca i z wyciągniętą różdżką przed sobą zaczęłam się rozglądać. 
- Kto tam? - zapytałam przerażona
- To ja, Luna. - odpowiedziała mi moja przyjaciółka 
- Jak to możliwe, że nie pamiętam Twojego głosu? - zapytałam postać wyłaniającą się zza murka. 
- Widocznie tego nie chcesz. - odpowiedziała z kamienną miną
- No chyba nie... 
- Nie odpowiedziałaś mi na pytanie. Co takiego zrobiłaś? - zapytała z przyjaznym uśmiechem. Opadłam z powrotem na podłogę. 
- Znów użyłam zaklęcia Experiarmus. - wypowiedziałam spokojnie 
- Musisz nad sobą panować. Popracuj nad tym. Możemy razem potrenować. - zaproponowała 
- Dobrze... - zaczęłam - dziękuję Ci za wszystko. - przytuliłam ją
- Nie ma za co - odwzajemniła gest - Powinnaś iść do skrzydła szpitalnego zobaczyć jak się Niall czuje.... - zaproponowała 
- Dobra pójdę ale...
- Żadne ale! - przerwała mi
- No ale przecież ja nie wiem gdzie to "skrzydło szpitalne" jest! - krzyknęłam poirytowana. Na twarzy Luny zagościł uśmiech. 
- No chyba, że takie ale. - wybuchłyśmy śmiechem. 
 Luna zaprowadziła mnie pod wielkie czarne drzwi. 
- Trzymam kciuki... a i Chachi... lepiej będzie jeśli oddasz mi na ten moment różdżkę.... - zawiesiła się nie wiedząc jak zareaguję. 
- Tak... masz rację... - zawahałam się zanim oddałam moją własność w ręce przyjaciółki. 
 Weszłam do wielkiego pomieszczenia z wysokim sufitem. Wiem, że jestem niska ale nawet Hagrid wydawałby się maciupeńki w porównaniu z tą przestrzenią. Rozglądałam się na prawo i lewo aż w końcu zauważyłam Nialla leżącego na samym końcu sali. Jego blond czupryna opadała mu na twarz. Spał. Podeszłam do niego i usiadłam na krzesełku stojącym obok łóżka. Jest taki bezbronny... zupełnie inny niż na lekcji. Przejechałam delikatnie palcem wskazującym od jego łokcia aż po koniuszki palców. Lekko drgną i zacisną mocno dłoń, ale to na chwilę. Rozluźnił palce uwalniając moje od jego żelaznego uścisku. Uśmiech wkradł mi się na usta patrząc jak oblizuje usta i układa je w dzióbek. Nie spał, obudził się. Leżał tak jeszcze parę minut aż wreszcie otworzył jedno oko a za nim podążyło drugie. 
- Powinnaś mnie przeprosić. - jego zachrypnięty głos rozbrzmiał po całej sali. Znów zamkną oczy i wydął usta. 
- Chyba śnisz Niallu Horanie. - klepnęłam go w rękę. 
- Właściwie, gdyby to był sen, to byś już nie miała tych ubrań na sobie. - zaśmiał się 
- Osz ty! Idę sobie. - wstałam gwałtownie, aż krzesełko na którym siedziałam się przewróciło. 
- A idź, jeszcze kiedyś pożałujesz, że nie skorzystałaś z takiej okazji. - zaśmiał się gdy ja zatrzasnęłam za sobą drzwi. 
 Świnia. Skwitowałam go w myślach. 
 Idąc do naszego pokoju jak zwykle zabłądziłam na schodach. Które to były? Kurwa.... Wreszcie jak je odnalazłam na mojej twarzy pojawił sie promienny uśmiech. Luna siedziała na swoim łóżku i bacznie przyglądała się mojej różdżce. 
- Ciekawa? - zapytałam a brunetka się wzdrygnęła i spaliła buraka
- Sądziłam, że dłużej tam będziesz. Ale tak, bardzo ciekawa. Przyglądałaś się jej kiedyś? - zapytała z zaciekawieniem 
- Nie, nigdy mnie to nie interesowało zbytnio. A co widzisz tam coś interesującego? - zaciekawiłam się 
- No tak, można tak powiedzieć. - pokazała mi wyryty napis. 
- Co to? - spojrzałam dokładniej 
- To są inicjały. T.M.R. - pobielała 
- Co to znaczy? Wybacz nie znam sie. - zaśmiałam się 
- Tom Malvoro Riddle. Kiedyś czytałam o tym w jakiejś książce z Działu Ksiąg Zakazanych... - przyciszyła głos 
- Nadal nie rozumiem. - przeniosłam wzrok z różdżki na nią. 
- Też tego nie rozumiem. Może ta różdżka do niego kiedyś należała? 
- Możliwe. Jaki Niall jest głupi... - powiedziałam. Mówiąc te słowa mój mózg miał sprzeczne impulsy. 
- Co zrobił? No opowiadaj. - zaśmiała się. Wiem, że to dziwne ale... kocham jak się śmieje. 
- No bo jak już weszłam do tego całego "szpitala", to najpierw nie mogłam go znaleźć. No i szukałam i szukałam... 
- Ale weź od razu do szczegółów no. - przerwała mi
- Poczekaj, wszystko w swoim czasie! - krzyknęłam uśmiechnięta
- No i... zaraz na czym ja skończyłam? - zapytałam przygryzając wargę. Kocham ją wkurzać. 
- No, szukałaś go i szukałaś. - ponagliła mnie 
- No, i wreszcie go znalazłam, podeszłam do łóżka a przy nim stało takie krzesełko, było strasznie niewygodne. Dupa mnie do teraz boli. Będę miała odciski..
- Chachi! - krzyknęła 
- No już mówię - zaśmiałam się - Zaczęłam ręką go miziać od łokcia aż po palce u rąk... - zrobiłam przerwę na wdech, po minie Luny widać było, że bardzo ją to ciekawi - i zacisną moje palce w swojej dłoni, tak wiesz, bardzo mocno. Miał jeszcze zamknięte oczy ale ja wiedziałam, że już nie śpi. Rozluźnił palce i zrobił dzióbka. Chciał, żebym go pocałowała. No i jak już mi sie nie chciało tak leżeć w bezruchu, otworzył oczy i powiedział, że powinnam go jakoś przeprosić za to co mu zrobiłam... - znów przerwa na wdech, starałam się to opowiadać bardzo wolno, każde słowo oddzielone i równo wymówione - powiedziałam, że chyba śni a on na to "Właściwie, gdyby to był sen, to byś już nie miała tych ubrań na sobie" kumasz to? Jaka świnia! - zaśmiałam się.
- I to już wszystko? - zdziwiła sie 
- No, nie miałam zamiaru przebywać w jego towarzystwie ani sekundy dłużej... - zawahałam się 
- No ok, nic już więcej nie mów, zapewne teraz chcesz iść do łazienki sie umyć co? - wytknęła mi język. Tylko skinęłam głową. Podniosłam się z jej łóżka i podniosłam moją piżamę którą rano zapomniałam schować. 
 Umyta weszłam do łóżka. Zapomniałam wziąć moich ciuchów z łazienki więc się jeszcze cofnęłam. Gdy otworzyłam drzwi, przestraszyłam sie. Koło ściany był jakiś stwór. 
 Pośpiesznie zapaliłam światło ale jego już nie było. Może lepiej zostawię już te ubrania w tej łazience? Tak, to dobry pomysł. 
Cofnęłam się i położyłam do łóżka... Jakoś dziwnie mi było. 
- Luna, śpisz? - zapytałam
- Masz szczęście, jeszcze nie. - zażartowała - A co? 
- Mogłabym spać dzisiaj z Tobą? 
- Pewnie chodź. - zrobiła mi miejsce 
- Dziękuję. 
 Kocham spać, chociaż wiem, że w tedy jestem najmniej bezpieczna. 

sobota, 22 czerwca 2013

Rozdział pierwszy.

- Get up, get up, and never say never... - śpiewałam pod nosem.
- Chachi? - spojrzała na mnie moja matka.
- Tak? - uśmiechnęłam się. Nie męcz mnie znów tymi "matczynymi radami" no błagam.... modliłam się w myślach. Moja babcia wymyśliła jakąś historyjkę, że zapisała mnie do jakiejś bardzo dobrej szkoły, byleby tylko pozwolili mi pojechać. Ponoć Hogward to nie przelewki, musisz być pilnym i rozważnym uczniem ale... przecież dziadek też nie był. Mój stary kochany dziadzio Ron. Do dzisiaj się z ich małżeństwa śmieję, babcia nie chciała jego nazwiska bo "niech ludzie myślą, że nie jesteśmy razem". Haha, ojj tak... moja kochana bunia i jej "poczucie humoru". 
- Ej Chachi, córeczko słuchasz mnie? - pstryknęła mi przed nosem.
- Tak, tak. Mów dalej. - mruknęłam.
- To wracając, masz do nas codziennie dzwonić. Jasne? - nie czekając na moją odpowiedź kontynuowała - Nie zadawaj się z chłopcami, no chyba, że w grę wchodzi Harry. - znacząco poruszała brwiami. Przecież ja do Harrego nic nie czuję, to mój stary dobry kolega. Lubię go, nawet bardzo ale... nie aż tak bardzo. 
- Ej! Ziemia do Chachi! Jest tam kto? - moja matka się bardzo niecierpliwiła. 
- No tak, tak, nie mam się ruchać z byle jakim chłopakiem, tak zrozumiałam... - zażartowałam ale na twarzy mojej rodzicielki zaistniał wielki grymas... Ciekawe czy już ma myśli mordercze... 
- CHACHI! - wydarła się. 
- No przepraszam. 
- A więc tak - już miała mówić gdy tata wjechał na podjazd a ja wyskoczyłam z auta jak poparzona. Odwróciłam się jeszcze by zobaczyć minę mojej matki. Tak, teraz to na 100% ma myśli mordercze - stwierdziłam uśmiechając się szeroko. 
- Babcia! - krzyknęłam uradowana gdy ją tylko zobaczyłam. Stała sobie z dziadkiem w przejściu. Stare dobre małżeństwo... 
- Och wnusiu! Jak ty urosłaś! - krzyknęła a jej rude loki zakołysały się na jej drobnych ramionach. 
- Widzieliśmy się wczoraj. - stwierdziłam 
- To nic, jakbyś też przytyła.... 
- Ej! - krzyknęłam oburzona patrząc na swoje nogi i podciągając bluzkę. 
- Och, żartowałam. Jesteś chuda jak patyk. Chodźcie, wejdźcie, no chyba, że będziecie tu tak stać. - uśmiechnęła się, a na jej starej jak świat twarzy zagościły łagodne zmarszczki. 
 - Kochanie - powiedział mój tata do mamy - to jest Twoja matka. Widać, słychać i czuć. - skrzywił się zatykając sobie nos. Moja mama dała mu kuksa w bok i się przymkną.
 Ah ta moja babcia.... jest troszeczkę nieogarnięta ale i tak ją kocham ponad życie. Jeszcze z nikim nie mogłam po prostu sobie pożartować jak z nią. Oczywiście gdy tylko schodziło się na "małe bitwy" czarodziejów, czyli zamienianie przedmiotów na przykład w zwierzęta czy coś innego, babcia ostrzegała mnie. "Chachi, uważaj, Twoja różdżka ma na prawdę wielką moc, kiedyś się o tym przekonasz". Zwykle na tym kończyliśmy, bo nie lubię jak ktoś mi coś wypomina czy choćby ostrzega. Żyję swoim życiem i już. Może i jestem lekkomyślna ale.... znam umiar. Czasem myślę sobie... dlaczego to akurat ja muszę mieć tą różdżkę? Dlaczego mnie wybrała? Niekiedy czuję jaką na prawdę skrywa moc... zwykle w tedy gdy jestem wściekła. To jest straszne ale... potem mi przechodzi. 
- No to my już się będziemy zbierać - powiedział tata szybko wstając. Stół się zakołysał i dzbanek z gorącą herbatą prawie wylądował na moich kolanach gdy - zawisną w powietrzu. Szybko wstałam a on opadł rozlewając parującą ciesz po dywanie. 
- Jak to... - zdziwiła się moja mama
- Czarna magia. - wyszeptałam przerażona spoglądając na matkę. 
- Tak, tak, tak, jasne. Po prostu miałaś szczęście i już. Dobra jedziemy bo na prawdę zaraz coś wykombinujecie - powiedziała zrezygnowana. 
- Pa babciu - ucałowałam ją delikatnie w policzek.
- Pa wnusiu - pociągnęła lekko moją bluzę by mnie przytulić. - Chachi, jutro o 8 wyjeżdżasz. Nie spóźnij się. - puściła mnie i spojrzała porozumiewawczo. Nie rozumiem, jak można patrzeć na kogoś łagodnym ale i surowym wzrokiem? Moja babcia na prawdę jest "opętana". Oczywiście w dobrym sensie. 
- Chachi - zawołała mnie mama
- Już idę - odwróciłam się jeszcze raz w stronę babci. - Nie zapomnę. 
 W domu miałam tysiące dylematów. Co spakować? Jakie ubrania wziąć. Normalnie było tak; stoję sobie pod szafą. Wyciągam jedną bluzkę, oceniałam ją w skali od 0 do 10. Dochodzę powoli do wniosku, że nie mam żadnych ładnych ubrań.... *Puk,puk*. Co? Co to było? Przestraszyłam się. Ktoś pukał do szyby... CZEKAJ CO?! Chwyciłam szybko moją różdżkę. Spokojnie... y, może to tylko jakiś ptak walną w okno? Pocieszałam się w myślach. Ta od razu orzeł. Skarciłam się za takie głupie przemyślenia. Nadal z różdżką przed sobą zgasiłam światło. Za oknem, na tarasie widocznie był zarysowany kontur jakiejś drobnej dziewczyny. A więc nikt z nas nie ma przewagi. Co ja wygaduję za brednie?! Podeszłam do okna i odsłoniłam firankę a tam stała jakaś kobieta po 50. 
- Tak? - powiedziałam uchylając okno. 
- Ty jesteś Chachi Granger? 
- Tak. - odpowiedziałam przestraszona. Osoba jeszcze chwilę stała  i wyparowała. CO?! Krzyknęłam w myślach. Może już mam omamy... Jestem spakowana? Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam tylko jedną bluzkę w walizce. No to do roboty. Stwierdziłam. 
 Po spakowaniu się, wzięłam swoją piżamę i powędrowałam do łazienki w celu umycia się. Po odświeżającym prysznicu umyłam zęby, i poszłam do siebie do pokoju. Sprawdziłam jeszcze czy na pewno mam wszystko spakowane, ustawiłam sobie budzik i poszłam spać. 

 Obudził mnie Macklemore. Tak, obudził mnie sam Macklemore. No dobra śpiewał mi piosenkę. No ok, ustawiłam sobie piosenkę tego wykonawcy. Kocham tego gościa. Leniwie wstałam nadal nie wyłączając muzyki podeszłam do krzesła gdzie zostawiłam wczoraj swoje ubrania które dziś ubieram. Ściągnęłam bluzkę i założyłam flanelową koszulę, gdy już byłam ubrana podeszłam do szafki bo oczywiście nie zabrałam skarpetek. Odwróciłam się a na moim łóżku skakał sobie Stworek. 
- Stworek?! - pisnęłam
- Stworek przeprasza, stworek nie chciał ale Harry Potter kazał zobaczyć czy już pani wstała... - zaczął się tłumaczyć. 
- Dlaczego po prostu nie wiem - zawiesiłam się - nie mogłeś chociaż ostrzec, że tu jesteś? 
- Stworek przeprasza, Stworek nie chciał.... - podszedł do szafki i zaczął w nią walić głową. 
- Stworek, no już, nic się nie stało. - ale on nie przestawał
- Stworek! Jak obudzisz moich rodziców to nie ręczę za siebie. - pogroziłam palcem. 
- Stworek przeprasza, Stworek nie chciał.
- Powtarzasz się, dobrze więc skoro już wiesz, że nie śpię możesz już iść. 
- A pani nie powie Harremu Potterowi, że Stworek ją przestraszył i że doprowadził ją do tego, że mu groziła? 
- Nie ale no już idź! - i znikł. 
 Poszłam do łazienki i uczesałam się w niechlujnego koka. No dobrze, wiem, że trzeba tam wyglądać stosownie ale... huj z tym. Umalowałam się i wyszłam z łazienki. 
 Przed stacją czekał już na mnie Harry. Gdy go tylko zobaczyłam od razu na mojej twarzy zagościł duży uśmiech. Tak samo jak i na jego. 
- Dziękuję wam. - ucałowałam moich rodziców w policzki i zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć wyszłam z auta razem z walizką i podeszłam do mojego przyjaciela. 
- Harry. - uśmiechnęłam się i go przytuliłam 
- Chachi. - odwzajemnił uścisk
- To jak idziemy? - zapytałam. - Już niedługo pociąg odjeżdża... 
- Tak, tak chodźmy. 
 Jak mogłam się spodziewać, były tłumy. Harry szybko pociągną mnie za rękę i stanęliśmy przed wielkim ceglanym łukiem. 
- Harry co teraz? - zdziwiłam się
- Przechodzimy. - odpowiedział wesoło
- Ale jak to? Przez ściane?! - pisnęłam 
- No a jak ty myślałaś? Że pociąg sobie tu podjedzie i tylko wejdziemy do środka i co, że mugole to też zobaczą? No chyba nie. - stękną i przeszliśmy przez czerwoną ścianę. 
- Harry! 
- No co? - zaśmiał się 
- A nic. - udałam obrażoną 
- Och panienka wybaczy, powinienem uprzedzić. - powiedział teatralnie. 
- Za to bierzesz moje walizki. - uniosłam głowę wysoko i skierowałam się w kierunku pociągu. 
- A niech cie...
- Harry Potterze! Jeszcze jedno słowo! - wrzasnęłam a on jakby nagle zbielał. Udało mi się osiągnąć cel. 
- Wybacz. - wziął moje walizki. Wiedziałam, że są ciężkie. Po cholere mnie drażnił. 
 Znaleźliśmy wolny przedział i się w nim usiedliśmy. Resztę podróży przebyliśmy w ciszy. 
 Gdy dojechaliśmy ujrzałam wielkiego człowieka. Jak mi opowiadał kiedyś Harry - był to Hagrid. 
- Hagrid! - ucieszył sie Harry.
- Harry jak miło mi Cię widzieć! 
- Mi ciebie też, a Ty to Chachi? Harry wiele mi o Tobie opowiadał - uścisną mą dłoń. 
- Mam nadzieję, że dobre rzeczy. - zażartowałam 
- Ależ oczywiście, jakby inaczej? 
- No a jak.  - mruknęłam i poszłam za nim do powozu konnego który, jak mi mówił Harry, miał nas dowieźć do łódek którymi przepłyniemy do Hogwartu. 
 Sala w której się znajdowaliśmy, była najpiękniejszą jaką kiedykolwiek widziałam! A ten sufit... Jednakże nie to przyciągnęło moją uwagę. Najbardziej moje oczy skupiły się na jednym chłopaku. Miał blond włosy i niebieskie oczy. Również się na mnie patrzył. Nie wiadomo kiedy nagle do nas podszedł ale Harry całą mnie zakrył. 
- Nawet jej nie ruszaj, Niall. - sykną
- No proszę, proszę, proszę. - wypowiedział - Nasz mały Harry Potter bawi się w ochroniarza. - zaszydził - Pozwól, że sam się przedstawię. - z łatwością go odsuną. - Jestem Niall Horan. - podał mi rękę. 
- A ja Chachi Granger - odpowiedziałam 
- Nasi dziadkowie nie przepadają za sobą. Mam nadzieję, że my to zmienimy. - złapał mocniej mą rękę. Wydawała się taka malutka w jego wielkich. 
- My się znamy? - zdziwiłam się
- Jeszcze nie ale gdy będziesz przydzielona do Slytherinu, wtedy się bardzo, bardzo, poznamy. - przyciągną mnie do siebie. 
- Po moim trupie. - odepchnęłam go
- Ooo, widzę, ze pyskata. Poradzę sobie. - zaśmiał się 
- Uwaga! - rozbrzmiał potężny głos 
- Jesteśmy dzisiaj tutaj wszyscy razem zebrani by uczcić ten wspaniały dzień, a mianowicie. Witam wszystkich nowych uczniów. - rozległy się brawa. 
- Podejdźcie bliżej. - jak kazał tak zrobiliśmy. Do stołka z jakąś dziwną czapką każdy musiał przyjść. 
- Chachi Granger. - usłyszałam swoje imię i nazwisko. Podeszłam i usiadłam na krzesełku. Na mojej głowie położono tiarę. 
- Hmm... bardzo trudna decyzja. Ostatni raz takim przypadkiem był.. Harry Potter. - na sali zapadła cisza. 
- Proszę, Gryffindor, prosze nie Slytherin, prosze Gryffindor. - mówiłam sama do siebie w przekonaniu, że to coś może zmienić. 
- A więc... Gryffindor! - usłyszałam donośny głos i oklaski. Spojrzałam na Nialla. Cały aż się zrobił czerwony, potem fioletowy.... 
- Tak sie cieszę! - Harry okręcił nas wokół własnej osi. 
- Gratuluję. - podeszła do nas jakaś dziewczyna. Nie była angielskiego pochodzenia czy nawet amerykańskiego. Z lekcji pamiętam, że; Koreanki mają twarze podłużne, Japonki; twarze kwadratowe a Chinki; twarze okrągłe. To była Koreanka. 
- Dziękuję - uśmiechnęłam się.
- Również jestem z Gryffindoru. Wiesz, możemy już iść do swoich domów bo i tak za chwilę będziemy się rozchodzić. - uśmiechnęła się. 
- No ok. - odwzajemniłam jej miły gest. 
- Harry, to ja już pójdę. - ucałowałam go w policzek. Och jak mi przykro, Niall wszystko widział... dobrze mu. 
- A tak w ogóle to mam na imię Luna. - podała mi dłoń.
- A ja jestem...
- Chachi - przerwała mi.
- Skąd wiesz? - zdziwiłam się
- Przecież cię wołali abyś została przydzielona.
- No tak...- Luna oprowadziła mnie po wszystkich pokojach i w ogóle. Nie pozostało mi nic innego niż pójść spać. Jutro ciężki dzień....

Prolog

Nazywam się Chachi. Chachi Granger. Jeśli poznajecie nazwisko to zapewne już się domyśliliście, że moją babcią jest Hermiona Granger. Czarownica. Odziedziczyłam po niej "dar". Również umiem czarować, ale przecież to chyba oczywiste? Moi rodzice - mugole - o tym nie wiedzą. Boję się im powiedzieć, jak zareagują? Może by mnie do psychiatryka wysłali? Tak zapewne, nawet ja nie jestem do końca o tym przekonana. Czy magia w ogóle istnieje? Moja babcia mówiła, że też nie wierzyła w to naprawdę. Myślała, że to jest sen i zaraz się obudzi, mam tak samo. Ale jednak coś nas różni, różdżki. Jej jest wykonana z winorośli* a moja.... z czarnego bzu*. Wiecie co to oznacza? Moim zadaniem jest zabijać....